PijaR w erze disco (Pracowy Rozterk)

Budzę się rano i walczę. O lepszy byt i szybszą obsługę w kolejkach. Walczę jednak przede wszystkim o to, żeby błyszcząca kula w dyskotece inferno oświetlała właściwych tancerzy na parkiecie. 

Od rana telefon i muszę jakimś cudem zaradzić złamanym przyrzeczeniom znanej persony (imię pozwólcie ukryję bo znowu nie będzie przelewu na koncie), które padły szumnie na wizji nie dalej niż dwa dni temu. 

- Tak, nie ćpam. Próbowałem tylko 4 razy, zawsze w bezpiecznej odległości od ostrych przedmiotów i delikatnych zwierząt.

- Ile? Naprawdę niewiele. Łącznie może 3 gramy wszystkiego, czym mnie częstowali. 

Prawda wyszła na powierzchnię dość szybko: sisa (w lufce po pieprzonych żarówkach energonieoszczędnych - ostatnich egzemplarzach, które uchowały się przed zakazami uniji) spalona z młodymi Grekami pod jedną z knajp Wrocławia, crack na tarasie Pałacu Kultury i podczas pikniku lokalnego Koła Córek i Synów Ziemi Naszej Odzyskanej w Złym Mięsie dwa tygodnie temu, brałn i soma w szałasie ostatniego pustelnika naśladującego Dzikusa i inne, niekiedy nawet mocniejsze. 

Powtarzane w kółko “jak żyć?” jebie o pustą ścianę. Tabula (u)rasa. A pracować trzeba. No nic, działamy. Jeden, drugi uśmiech, fotka z chorym dzieckiem, przytulanie fok na Helu i pierwszy lead w gazecie juz jest: “xx wnosi w życie nas, szarych ludzi więcej niż miliony topione przez korporacje w falach marnego CSR”. Udało się, druga kawa tego dnia zasłużenie czeka na wysiorbanie. 

Kolejny telefon napierdala trochę innym dźwiękiem. (Specjalnie ustawiony na tę okazję) Debussy radośnie przygrywa światłem księżyca z suity bergamaskiej. Kilka dekad wstecz byłby to czerwony telefon skaczący po biurku w tę i z powrotem. I ja schowany pod biurkiem ze strachu przed podniesieniem słuchawki. To nie dzwoni matrix. To jej wielmożna persona y. Znowu kryzys wizerunku. Ale o tym następnym razem…

Tekst i ilustracja: P

Polecają: